ŻYCIORYS BŁ. STANISŁAWA W OBRAZACH



    STANISŁAW PAPCZYŃSKI URODZIŁ SIĘ
    i spędził lata dziecięce w podegrodziu
    koło Starego Sącza.
    Jest to wieś położona na lewym brzegu Dunajca, w samym środku Kotliny Sądeckiej.
    Ponad ich słomianymi strzechami
    jaśnieją mury świątyni Pańskiej.
    Jest to kościół parafialny zbudowany
    na miejscu poprzedniego w XVIII wieku.
    Parafia ta została ufundowana w 1048 roku.
    Z kościołem parafialnym w Podegrodziu ściśle związane są dziecięce lata św. Stanisława.
    Tu został ochrzczony i bierzmowany, tu od wzesnych lat dziecięcych wraz z rodzicami uczestniczył w nabożeństwach roczystościach religijnych, tu uczył się ministrantury.
    Było to na wiosnę, w połowie 1631 roku.
    Zofia wracała ze Starego Sącza.
    Zanosiło się na burzę.
    Nagle fale spiętrzyły się i zaczęły rzucać łodzią jak piórkiem.
    Uklękła w łodzi i modliła się o ocalenie siebie i dziecka, które wtedy już
    nosiła w swym łonie.
    Co więcej, wtedy poświęciła to dziecko Jezusowi i Maryi.
    Wyrzucona silną falą za burtę łodzi, znalazła grunt pod nogami i została ocalona.
    Wkrótce powiła syna - przyszłego świętego Stanisława Papczyńskiego.
    Dziecię przyszło na świat 18 maja 1631 roku.
    Tego samego dnia zostało ochrzczone
    w kościele parafialnym w Podegrodziu,
    otrzymując imię Jana Chrzciciela.
    Szczęśliwa, dumna matka pochylała się nad kołyską, służąc maleństwu w każdej potrzebie.
    Kołysała je do snu, modliła się o jego zdrowie.
    Ponawiała akt poświęcenia
    jego życia Jezusowi i Maryi.
    Obiecywała sobie, że ze swej strony uczyni wszystko by to dziecię umiało kiedyś
    ocenić i należycie wykorzystać dar życia nadprzyrodzonego.
    Stanisław często zaglądał do kuźni ojcowskiej, ten zaś w wyobraźni widząc
    już w nim przyszłego swego pomocnika,
    a w końcu i dziedzica warsztatu, chętnie pozwalał synkowi bawić się w kowala
    na skraju swej kuźni.
    Innego rodzaju zainteresowania starała się
    w Janku rozbudzać od wczesnych lat matka.
    Ona to nauczała go pierwszych modlitw,
    czuwała by odmawiał je rano i wieczorem,
    wdrażała go w rytm nabozeństw kościelnych,
    zlecała mu z czasem troskę
    o strojenie kapliczek przydrożnych.
    Janek odznaczał się wielką pobożnością
    ale do nauk nie miał zdolności. Nie myślano wysyłać go do szkoły. Nie spodziewano się bowiem, że poradzi sobie z początkiem nauk elementarnych. Janek jednak uprosił ojca, aby pozwolił mu pójść chociaż na próbę. Niemało wstydu najadł się Janek przy pierszym spotkaniu z bakalarzem. Miał wracać do domu i nie pokazywać się więcej.
    Po pierwszej niefortunnej próbie w szkole
    Janek nie dał za wygraną.
    nie pozostawało nic innego, jak tylko u Boga szukać pomocy.
    Pewnego dnia (miał wtedy jeszcze 7 lat)
    - jakby coś w nim się otworzyło...
    Nie miał najmniejszej wątpliwości:
    modlitwa została wysłuchana.
    Prośba, aby go wysłać jeszcze raz do szkoły spotkała się ze stanowczą odmową ojca,
    by chronić dziecko przed kolejnym wstydem.
    W tajemnicy więc przed rodzicami, wymknął się z domu... i spedził całe popołudnie
    w szkole. W tym czasie nauczył się całego abecadła, czym wprawił w zdumienie bakalarza. W krótkim czasie nadrobił zaległości. W ciągu trzech lat ukończył
    cały kurs elementarny w szkole parafialnej.
    Jednak na początku kursu gramatycznego, kiedy Janek miał dziesięć lat, ogarnęła go niechęć do nauki. Wolę Janka zdominowały: pragnienie swobody i skłonność do lenistwa. Pewnego razu chwyciła go chęć zajrzenia do małych bocianów w gnieździe na szczycie obory. Spadając z drabiny doznał głębokiej rany na nodze. Jedynie ufne i gorące modlitwy do Matki Bożej Uzdrowicielki chorych nie został kaleką do końca życia.
    Do szkoły jednak nie kwapił się wracać, przekonał też ojca, by nie posyłał go do szkoły. Ojciec zgodził się i posyłał Janka do pasania owiec. Na początku podobała mu się ta praca, jednak wystawiany każdego dnia na zmienność pogody, spełniał ten obowiązek z coraz większym uporem. Pewnego dnia poczuł się obezwłądniony, niezdolny do dalszego pasania owiec. Podczas tego doświadczenia zrozumiał, że wszędzie będzie musiał pracować, że nie można lekceważyć i marnować danych mu przez Boga zdolności do nauki. Postanowił wrócić do szkoły i już nigdy więcej nie uległ kaprysom i lenistwu. Pewnego dnia, mając lat dwanaście, udał się
    z rodzicami do Nowego Sącza. Podczas zakupów zgubił się w jarmarcznym tłoku. Po poszukiwaniach rodzice sami wrócili do Podegrodzia. Janek zaś przenocował u krewnych. Następnego dnia jego krewny zaprowadził go tamtejszej szkoły. Za zgodą rodziców kontynuował ją. Z czasem jednak się okazało, że słynny bakalarz był człowiekiem sepsutym i gorszącycm chłopców. Gdy więc i Janka namawiał do rzeczy nieczystych, ten postanowił raczej zrezygnować z postępów w nauce, niż narazić swą snotę. Pewnego dnia musiał uciekać przed przewrotnym nauczycielem do domu. Ze słowami modlitwy: "Niechaj będzie pochwalony Przenajświętszy Sakrament" sam wyruszył łodzią przez Dunajec. Z pomocą Bożą dotarł szczęśliwie do Podegrodzia.
    Niedługo przebywał Janek w rodzinnym ustroniu. Ojciec nie znając przyczyny powrotu syna, podejrzewał, że jest to kolejna próba ucieczki przed nauką. Dlatego ponownie wysłał go do Nowego Sącza. Wrócił jednak w krótkim czasie do Podegrodzia, ponieważ stając w obronie brata Piotra, wdał się w bójkę, dając solidną nauczkę napastnikowi. Rodzicie wysłali zdolnego i chętnego do nauki Janka do szkoły w Jarosławiu. W pierwszych dniach czerwca 1646 roku został przyjęty do kolegium ojców Jezuitów. Długo tu jednak nie zabawił, ale wyruszył do sławnego kolegium Jezuitów we Lwowie.
    Wyprawa do Lwowa nie spełniła pokładanych w niej nadziei; Janek z braku odpowiedniego przygotowania i polecenia, nie został przyjęty do tamtejszego kolegium. Został jednak we Lwowie i zarabiał udzielając lekcji synom mieszczańskim. Jednak po pół roku zachorował na goroczkę, która trzymała go cztery miesiące, kiedy wyzdrowiał, dopadł do świerzb. Wtedy wymówiono mu mieszkanie. Błąkając się ostatkiem sił po ulicach, żebrząc o jałmużnę, strawę i przytułek, cierpiał fizycznie i moralnie. Nie ustawał w modlitwie. Pan nie tylko zsyłał mu miłosiernych opiekunów, ale też w końcu uzdrowił ze świerzbu.
    W lutym 1649 roku, ojciec dwiedziawszy się
    o smutnym losie syna posłał po Janka wóz
    i sprowadził go do Podegrodzia.
    Pod opieką matki doszedł do zdrowia.
    Janek rozpoczął syntaks w Podolińcu na Spiszu
    do szkoły Pijarów, którą ukończył w 1650 roku. Gdy miał przejść do klasy poetyki, szkołę zamknięto z powodu zarazy.
    Janek znów wrócił do Podegrodzia.
    Ojciec Jana, Tomasz, nie był bogaczem,
    ale też nie cierpiał biedy. Bardziej też ze względów wychowawczych niż z istotnj potrzeby nie chciał trzymać syna na darmowym chlebie. Wysłał Jana do pasania owiec. Z końcem lata Jan pomyślał o dalszych studiach. Jeszcze raz udał się do Lwowa. Tym razem Jezuici dopuścili go bez trudu do kolegium i w ciągu roku chlubnie ukończył poetykę. W końcu maja 1652 roku Jan przerwał studia retoryki, uciekając do Rawy Mazowieckiej przed oblężeniem Lwowa przez Kozaków. Lwowa
    W Rawie znalazł schronienie i możliwość kontynuowania studiów w miejscowym kolegium Jezuitów. Po skończeniu retoryki studiował tam przez dwa lata filozofię. Wększą część dnia pochłaniała mu nauka, ożywiona duchem gorącej wiary i pobożności. Łączył ją z pracą nad wyrobieniem silnej woli i niezłomnego charakteru. Należał do Sodalicji Mariańskiej. Wspólne zebrania i nabożeństwa dały mu możliwość ugruntowania się w nabożeństwie
    do Maryi, pogłebienia w kulcie
    Jej Niepokalanego Poczęcia.
    W 1654 roku Janek ukończył w Rawie Filozofię - najwyższy stopień wiedzy,
    jaką mogą osiągnąć w tego rodzaju kolegiach ludzie świeccy.
    Nadszedł dzien odjazdu.
    Miał już 23 lata, był człowiekiem dorzałym, rozumiał istotny sens życia ludzkiego,
    był gotów do podjęcia decyzji co do swej przyszłości, do odpowiedzi na Boże wezwanie.
    Przed młodzieńcem o takim wykształceniu, nawet jeśli pochodzi z niższej klasy społecznej, otwierała się droga ku niemałym urzędom i stanowiskom
    w miastach lub na dworach szlacheckich czy magnackich. Janek jednak był daleki od szukania tego rodzaju kariery życiowej. Wraca do Podegrodzia, aby modlić się nad mogiłą ojca
    i ucałować strudzone dłonie matki.

    1 2 3  4  5  6  7  8  9  10


    wstecz




odsylacz


© WIECZERNIK 2010